Bezpłatne warsztaty komiksowe w Klubie Płaszów

Zapraszamy do zapisów na lipcowe warsztaty komiksowe organizowane w ramach projektu „Pracownia Mistrza Twardowskiego”

Wujek i „The Beatles"

W Taszkiencie, oprócz nas, mieszkała prawie cała rodzina: ciocia ojca z dziećmi oraz starszy brat mamy — mój wujek. W tamtych czasach więzi rodzinne były niezwykle silne. Nikt z nas nie miał telefonu, nawet stacjonarnego, a mimo to widywaliśmy się regularnie. To była oczywistość: w niedzielę odwiedzaliśmy kuzynkę ojca, w tygodniu szliśmy do wujka. Często też oni wszyscy, bez żadnych zapowiedzi, po prostu pojawiali się w naszym dwudziestometrowym mieszkaniu z dobudowaną werandą.

‎Wujek był człowiekiem szczególnym. Postawny, prawdziwy chłop. Nigdy nie palił i nie nadużywał alkoholu, choć od święta wypił kieliszek czy dwa wódki do pielmieni. Dobre jedzenie było dla niego bardzo ważne. Miał surowy charakter, zupełnie inny niż moi rodzice, ale jako rodzony brat mamy zawsze miał w naszym domu swoje miejsce.

‎Miałam wtedy prawie dziesięć lat, siostra dwadzieścia, a brat szesnaście. Nagle rodzicom przyszedł do głowy pomysł, by pojechać we dwoje na urlop na Krym. Do dziś się dziwię, jak mogli zostawić naszą trójkę samych na trzy tygodnie. Mama poprosiła jednak wujka, żeby zaglądał do nas od czasu do czasu i nas pilnował. On zaś był człowiekiem zasad — u niego wszystko musiało być „pod sznurek", a wolno było tylko to, na co on pozwolił.

‎Rodzice odlecieli rano. Pierwszy wieczór bez nich zapamiętałam jako dojmujące poczucie osierocenia. Siostra, już dorosła, miała swoje sprawy, więc z bratem zostaliśmy sami. Mieliśmy wtedy magnetofon szpulowy. Mój nastoletni brat jako pierwszy poczuł wolność. To był czas największej popularności The Beatles. „Bitelsi", jak ich nazywaliśmy, grali z taśmy, a my słuchaliśmy ich z zachwytem.

‎Nawet nie usłyszeliśmy, kiedy wszedł wujek. Wygląda na to, że poczuł ciężar odpowiedzialności i przyszedł nas wychowywać już pierwszego wieczoru. Strasznie nie podobały mu się piosenki płynące z głośnika. Zaczął dopytywać: kto to śpiewa, o czym i w jakim języku? Grzmiał, że nie mamy prawa słuchać takiej muzyki, bo te piosenki nie pasują do ustroju państwowego.

‎Mój brat był bardzo spokojnym, opanowanym chłopakiem z ledwo widocznym czarnym wąsikiem. Nie powiedział wujkowi ani jednego złego słowa. Ja też się nie kłóciłam. Po kilku minutach bezskutecznych prób zmuszenia nas do wyłączenia magnetofonu, wujek po prostu zebrał się i wyszedł.

‎I do samego końca urlopu rodziców nie pojawił się już ani razu. Spokojnie przeżyliśmy te dni, w soboty nocując u sióstr taty. Wszystko skończyło się pomyślnie, a „Bitelsi" towarzyszyli nam już do końca tamtych wakacji.

O Twardowskim, Afandim i seniorach z Prokocimia

Chcieliście, żebym opowiedziała wam o panu Twardowskim? No to posłuchajcie.
Moja pierwsza znajomość z nim miała miejsce w krakowskim autobusie, jakiś rok po tym, jak zamieszkałam w Krakowie. Mieszkaliśmy wtedy w Pychowicach i każdego dnia niewidzialny głos w głośniku ogłaszał: „Przystanek — Park Skałki Twardowskiego". Ale dzisiaj nie o tym.
Któregoś razu moi seniorzy z Centrum Aktywności zaproponowali wycieczkę do Suchej Beskidzkiej. Podeszłam do tematu poważnie: długo studiowałam region, shukałam ciekawych miejsc. I oto w wyznaczonym dniu, wczesnym rankiem, zebraliśmy się przy basenie w Prokocimiu. Autokar podjechał punktualnie. Kiedy wsiadaliśmy, okazało się, że ktoś zapomniał okularów, ktoś inny kanapek... Ale policzyłam wszystkich i uspokoiłam towarzystwo najważniejszym argumentem: Andrzej nie zapomniał akordeonu!

I tak ruszyliśmy, by dowiedzieć się, jak ta okolica została „bez Kida" i jak żyje się dziś ludziom tam, gdzie rodziło się tyle zabawnych historii. Andrzej rozwinął miech, po autobusie popłynęły ulubione piosenki i nawet nie zauważyliśmy, kiedy podjechaliśmy pod zamek, który miejscowi dumnie nazywają Małym Wawelem.
Następnym przystankiem był Maków Podhalański. Wysiedliśmy tuż przy malutkim rondzie, odetchnęliśmy górskim powietrzem, przyjrzeliśmy się pomnikowi-koronie i posłuchaliśmy opowieści lokalnego przewodnika o tutejszym festiwalu jazzowym. Podbudowani na duchu, ruszyliśmy dalej, w stronę Suchej.
A najciekawsze czekało na nas na Suskim Rynku. Kiedy przewodniczka nas tam przyprowadziła, wszyscy zaczęli wymieniać spojrzenia i uśmiechać się:
— Do samego Rzymu dotarliśmy!
— Irenka urządziła nam obiad w Rzymie?! — szeptali, spoglądając na mnie.
— No jasne! — odpowiadam. — Ale jeśli odpowiecie mi teraz na jedno pytanie — dlaczego te góry nazywają się Beskidy — to od razu idziemy na „diabelski" obiad.
Kasia natychmiast zabrała głos:
— Słowo „Kid" w naszych starych legendach to imię strasznego, żarłocznego wielkoluda-potwora, który żył w tych górach, zjadał bydło i straszył ludzi. Mieszkańcy długo to znosili, aż w końcu zebrali się razem, zwabili go w pułapkę, dali mu niezłą nauczkę i przepędzili. A kiedy uciekł, wszyscy odetchnęli z ulgą: „No to koniec, teraz żyjemy BEZ KIDA!". I tak powstały Beskidy.
I oto wchodzimy do tej drewnianej, osiemnastowiecznej karczmy. Kelnerzy roznoszą nam „diabelskie" dania. W tamtym momencie wszyscy byliśmy tak zmęczeni i głodni, że bylibyśmy godni zjeść samego diabła!
Gdy czekaliśmy na deser, nasza wszędobylska Zośka nagle zaczęła recytować:
Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola;
Ledwie karczmy nie rozwalą,
Hałas głośny jako wola.
Twardowski siadł w końcu stoła,
Podparł się w boki jak basza...
...i nagle się zacięła.
— „Gwałtu, rety!" — diabeł woła, „Oto jest i dusza nasza!" — natychmiast podchwycił Marian, cytując dalej.
Siedzę, patrzę na nich i się uśmiecham: wspomnieli swojego Twardowskiego, nie zapomnieli, przecież kiedyś w szkole uczyli się tego na pamięć! I zaczęli po kolei przypominać sobie legendy, zajadając przy tym „diabelskie" ciastka.
A ja patrzę w okno i nagle widzę nie Suski Rynek, ale minarety Buchary i stare medresy. I jedzie przez plac na swoim osiołku, siedząc tyłem do przodu, sam Chodża Nasreddin...
Z zadumy wyrwał mnie głos Tereski:
— Niech teraz Irena nam opowie, kto tam w Uzbekistanie był bohaterem podobnym do naszego Twardowskiego?
— Ależ oczywiście, że mamy! Chodźcie, chodźcie tutaj do okna — podgrywam im. — Patrzcie, oto on sam chodzi po placu, a za nim, jak zawsze, idzie tłum ludzi.
— A dlaczego on siedzi tyłem do przodu na tym osiołku? — zainteresował się ktoś.
— To chodźmy i zapytajmy go samego, dlaczego tak spaceruje po tutejszym rynku!
— A wiesz, nasz Twardowski to w ogóle latał na kogucie — z uśmiechem wtrąciła Ela. — Śmieszni są ci ludzie... Bez nich nigdzie się nie obejdzie. Kojarzę, że u was nazywają go też Afandi?
— Ciii — mówię — słuchajcie, akurat go pytają, dlaczego tak siedzi. I co on odpowiada? „To bardzo proste. Widzicie, gdybyście szli przede mną, byłoby to zniewagą wobec mnie. A gdybym ja jechał plecami do was, byłoby to nieuprzejme wobec was. Dlatego jazda tyłem do przodu to jedyny możliwy kompromis!"
Nasreddin pojechał dalej, a my wyszliśmy na pole i usiedliśmy na ławkach w oczekiwaniu na autokar. Ela znalazła się obok mnie, więc zapytałam:
— Skąd wiesz, że nazywano go Afandi?
— No przecież mieliśmy w domu zbiory bajek narodów świata. Tylko z tego, co pamiętam, to był bohater turecki albo irański z Bagdadu?
— Tak, to znany bohater całego Wschodu. Mówią, że urodził się w Turcji i tam też został pochowany, tylko... dwieście lat przed swoim narodzeniem! Wszystkie wschodnie kraje uważają go za swojego. A ja w ogóle wychowałam się na przypowieściach o nim — mój ojciec w najróżniejszych życiowych sytuacjach często je wspominał.
— Tak, ja też trochę pamiętam historię o tym, jak obiecał nauczyć osła mówić — włączyła się do rozmowy Ela. — Przypomnisz, jak to było?
— Z przyjemnością. To była ulubiona przypowieść mojego ojca, często brzmiała w naszym domu. Słuchajcie:
Emir Buchary wezwał Nasreddina i pod groźbą śmierci rozkazał mu nauczyć swojego ukochanego osła teologii i ludzkiej mowy. Nasreddin się zgodził, ale poprosił w zamian o worek złota i... dwadzieścia lat czasu. Kiedy przyjaciele z przerażeniem pytali go, po co to zrobił, skoro to niemożliwe, Nasreddin spokojnie odpowiedział: „Przez dwadzieścia lat albo emir umrze, albo osioł zdechnie, albo ja sam odejdę do przodków. Za to przez dwadzieścia lat osioł i ja będziemy żyć w dostatku i szacunku!"
Wtedy znów odezwała się Zośka:
— A on co, żeby dawać takie odpowiedzi, też zaprzedał duszę diabłu?
Pomyślałam i odpowiedziałam:
— Twardowski sprzedał duszę za tajemną wiedzę, bogactwo i złoto. A Nasreddin pokazuje, że prawdziwa mądrość tkwi w prostych rzeczach, w słońcu i niebie, i nie można jej kupić. Twardowski komplikował życie magią, a Nasreddin — upraszczał je rozumem.
— A opowiedz im jeszcze o worku złota! — przygrywając na akordeonie, poprosił Andrzej.
— O, pamiętam, słuchajcie:
Jeden bogaty i dumny baj przyszedł do Nasreddina i powiedział: „Dam ci worek złota, jeśli pokażesz mi cud albo wyjawisz tajemnicę, której nikt nie zna". Nasreddin wziął worek, wyprowadził baja na ulicę, wskazał na słońce i zapytał: „Co to jest?". Baj odpowiedział: „Słońce". Nasreddin na to: „Oto twój tajemny cud: świeci za darmo i bajowi, i biedakowi, a twoje złoto to tylko żółty piasek" — i odszedł z workiem.
Twardowski zaufał magii i został sam na zimnym Księżycu. A Nasreddin zaufał życiu, zdrowemu rozsądkowi i humorowi. My ojciec zawsze przywoływał te historie, gdy sytuacja wydawała się bez wyjścia. Uczył mnie: nie trzeba magii, by pokonać trudności. Wystarczy uzbroić się w cierpliwość, uśmiechnąć się i pozwolić czasowi zrobić swoje. I podczas gdy pan Twardowski tęskni w kosmosie, Nasreddin wciąż żyje w naszych domach — wszędzie tam, gdzie ludzie potrafią śmiać się z problemów.
Ma nawet swój pomnik w Bucharze, w samym centrum miasta. Według wierzeń, jeśli potrze się brązowe ucho osiołka, przynosi to szczęście i spełnienie życzeń. Mam zresztą zdjęcie przy tym pomniku, jeśli chcecie — mogę wam pokazać...
I tak znowu zajęliśmy swoje miejsca w autokarowym rzędzie. Andrzej wziął do rąk akordeon i ruszyliśmy do domu.

Troszkę o Mamie i o tym, co przez całe życie robię tak jak Ona

Chciałabym opowiedzieć Państwu trochę o mojej Mamie. A właściwie o tym, jak kontynuuję jej tradycję niedzielnych obiadów. Przecież żadne nowe życie nie zaczyna się bez mamy. To ona nosi każde stworzenie pod sercem, a potem troskliwie przygotowuje każde swoje dziecko do samodzielności. Mama to zazwyczaj Strażniczka domowego ogniska, przy którym wykuwają się rodzinne tradycje.

‎W moim domu też było takie ognisko. Przez długi czas był to po prostu zwykły piec w naszym niemal renesansowym mieszkaniu. W Krakowie też kiedyś w wielu kuchniach stały takie piece i tam w niedzielę zazwyczaj pachnie rosołem. U nas, w Taszkiencie, rosół był daniem powszednim albo żałobnym. Niedziela natomiast była dniem szczególnym.

‎Niezależnie od pogody, był to dzień pielmieni. Nawet jeśli wyjeżdżaliśmy do parków na karuzele albo w góry, pielmienie pozostawały głównym punktem programu. Czasem ustępowały miejsca uzbeckim potrawom – płowowi czy mantom. W naszej rodzinie nie było Uzbeków, ale każdy, kto tam mieszka, potrafi je przyrządzać. Jednak pielmienie gościły u nas najczęściej – Mama bardzo je lubiła.

‎Zazwyczaj po śniadaniu Mama wyjmowała z szafki wielką metalową puszkę z oślepiająco białą mąką i przesiewała ją przez drewniane sito. Na stole wyrastała prawdziwa góra, w której Mama od razu robiła wgłębienie. Ten biały kopiec z kraterem wyglądał zupełnie jak śnieżny wulkan – i był to sygnał dla wszystkich: dziś są pielmienie, nikt nie wychodzi z domu przed obiadem.

‎Mama wlewała w ten mączny krater szklankę wody z solą i wbijała jajko. Jako mała dziewczynka wisiałam nad tym hipnotyzującym widowiskiem. Tak bardzo chciałam „złapać" tę wodę, że po chwili łyżka lądowała w moich dziecięcych rączkach. Uparcie mieszałam tę żółto-przezroczystą masę, wyobrażając sobie, że stoję na samym szczycie wulkanu. Rodzina czekała cierpliwie, aż moje siły wygasną. Stałam na solidnym zydlu zrobionym przez ojca i zaczynałam ugniatać miękkie ciasto piąstkami. Kawałeczki rozpryskiwały się na wszystkie strony i wtedy do akcji wkraczała Mama. Ugniatała je dłońmi, powtarzając, że ciasto na pielmienie musi być twarde.

‎Gdy ciasto „odpoczywało", za pracę brał się Tata. Przykręcał do stołu maszynkę do mięsa. Mama zawsze mówiła, że do farszu trzeba zmieszać wołowinę, wieprzowinę i baraninę – wtedy jest najsmaczniej. Mięso mielił Tata, tu potrzebna była męska siła. Mojej siostrze przypadało w udziale obieranie cebuli. Boże, ile łez wtedy wylewaliśmy! Tak „zła" i ostry cebula rośnie tylko pod palącym słońcem Uzbekistanu. Mama sama siekała ją drobno ostrym nożem, dodawała sól i czarny pieprz. Tak powstawał farsz.

‎Kiedy wszystko było gotowe, siadaliśmy wokół okrągłego stołu, na którego nogach Tata wyrzeźbił kiście winogron. Mama robiła z ciasta długi wałeczek – nie za gruby jak salami i nie za cienki jak kabanos – i kroiła go na równe cząstki. Każdemu przypadał krążek ciasta prosto spod wałka. Praca szła bez wytchnienia.

‎Najpierw wesoło plotkowaliśmy, opowiadając rodzicom o szkole i przyjaciołach. Tata układał pielmienie na desce w idealnych rzędach. Ale, kontynuując tę miłą rozmowę, nawet nie zauważaliśmy, kiedy zaczynaliśmy się między sobą kłócić! Do dziś pamiętam: gdy założyłam własną rodzinę, nasze niedzielne pielmienie powstawały według tego samego algorytmu i zawsze towarzyszył mi lęk – „zaraz się pokłócimy".

‎Ale kiedy wszyscy już się wykrzyczeli, mój spokojny brat milcząco wyjmował garnek. Do niego nikt się już nie wtrącał. Wiedział doskonale: ile dorzucić ziela angielskiego, ile liści laurowych i ile minut gotować. My w tym czasie nakrywaliśmy do stołu, a Tata rozrabiał w miseczce ocet – żeby pielmienie lepiej „poukładały się" w naszych brzuchach.

‎Brat wykładał gotową partię do wielkiej misy. Nasza „kłótnia" natychmiast ustawała. Żeby się nie skleiły, Tata brał miskę obiema rękami i potrząsał nią energicznie. Górne pielmienie wesoło latały w powietrzu, a my śmialiśmy się i wystawialiśmy otwarte buzie, mając nadzieję, że choć jeden wpadnie prosto do środka.

‎Rodziców dawno już nie ma, dzieci dorosły. Niedawno rozmawiałam z pewną kobietą z Moskwy, która mieszka tutaj, w Krakowie. Zaproponowałam, żebyśmy kiedyś skrzyknęły się i polepiły razem. Odpowiedziała: „O nie, nie ma mowy! Raz spróbowaliśmy z rodziną – tak się pożarliśmy, że teraz kupujemy tylko mrożonki w Biedronce".

‎Nic nie odpowiedziałam. Ale pomyślałam: jaka szkoda, że przestraszyli się tej kłótni. Przecież zaraz po niej zawsze następował ten radosny, latający w powietrzu pielmień i śmiech mojej Mamy.

Irena Kozińska

Ilustracja mostu.
.

Chcesz wiedzieć więcej?

Więcej o Podgórskim Klubie Literackim "Przy moście" dowiesz się  stąd!

Na skróty

Ustawienia prywatności
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Aby uzyskać więcej informacji i spersonalizować swoje preferencje, kliknij „Ustawienia”. W każdej chwili możesz zmienić swoje preferencje, a także cofnąć zgodę na używanie plików cookie na poniższej stronie.
Polityka prywatności
*Z wyjątkiem niezbędnych